- Strona główna
- Blog
- Feniksa i spółka w pociągu — z życia wzięte
Feniksa i spółka w pociągu — z życia wzięte

Trójca miała odbyć podróż spokojną, cywilizowaną i bez większych zjawisk.
Tak przynajmniej brzmiał plan.
Feniksa od samego początku uważała, że to brzmi podejrzanie, bo „spokojna podróż” w jej obecności była pojęciem bardziej teoretycznym niż realnym.
Na peronie Wilczyca już miała minę pod tytułem: „Jeśli ktoś usiądzie za blisko, to przestanie wierzyć w przypadki”, a Sowa, jak to Sowa, sprawdziła numer wagonu, miejsca, czas przyjazdu, możliwe opóźnienie, prognozę pogody i prawdopodobieństwo, że ktoś będzie prowadził rozmowę na głośniku.
Pociąg wjechał z tym charakterystycznym stukotem, który Feniksa uznała za obiecujący.
— Lubię to — mruknęła z zachwytem. — Jest w tym coś romantycznego.
— W stukocie kół? — spytała Wilczyca.
— W podróży. W ruchu. W tym, że zaraz wszystko może się wydarzyć.
— O, właśnie tego się obawiam — odpowiedziała Sowa.
Weszły do wagonu.
Na początku było nawet dobrze. Cisza, trochę ludzi, względny porządek.
Feniksa szła między siedzeniami z miną kogoś, kto już czuje w kościach, że podróż chce ją zapamiętać.
I właśnie wtedy trafiły na drzwi między wagonami.
Drzwi nie chciały się otworzyć.
Feniksa stanęła przed nimi, zmarszczyła brwi i nacisnęła przycisk z godnością osoby, która uważa, że technologia powinna jednak współpracować z losem.
Nic.
— No pięknie — mruknęła Wilczyca. — Już cię nie lubią.
— To nie ją, tylko jej aurę — powiedziała Sowa. — Te drzwi po prostu wyczuły intensywność.
Feniksa wzięła spokojny oddech.
Drzwi puściły.
— Widzisz? — uśmiechnęła się triumfalnie. — Trzeba było z nimi porozmawiać.
— Tak, one wyglądają na bardzo komunikatywne — burknęła Wilczyca.
Przeszły dalej.
Drugie drzwi były gorsze.
Już przy pierwszym piknięciu zaczęły sprawiać wrażenie, że rozważają własne odejście z tego świata.
Feniksa nacisnęła przycisk raz. Potem drugi. Potem trzeci.
— One chyba się obraziły — powiedziała.
— Nie. One walczą o życie — poprawiła Sowa.
W końcu, po krótkim pojedynku godnościowym między człowiekiem a mechanizmem, drzwi ustąpiły z takim oporem, jakby właśnie wydziedziczały wagon numer siedem.
Usiadły.
I wtedy zaczęło się najlepsze.
Naprzeciw siedział człowiek z laptopem, obok pani z torbą pełną jedzenia, a dwa miejsca dalej dwoje współpasażerów rozpoczęło klasyczny rytuał narzekania zbiorowego.
— Działa u pana gniazdko z prądem? — zapytał pierwszy.
— Nie — odpowiedział drugi. — Wi-Fi też nie działa.
Feniksa siedziała nieruchomo, z twarzą niewinności absolutnej, podczas gdy jej telefon miał pełny zasięg, powerbank w plecaku i ten rodzaj spokoju, który mówił: „Świat płonie, ale ja mam 87% baterii”.
Wilczyca zerknęła na nią bokiem.
— Nawet nie myśl.
— O czym? — spytała z miną świętej.
— O tym, że to ty.
— Ja nic nie zrobiłam.
— Właśnie to jest najbardziej podejrzane — wtrąciła Sowa.
Współpasażerowie rozkręcali się coraz bardziej.
— To jakiś dramat, człowiek płaci za bilet i nawet prądu nie ma.
— No przecież to jest niemożliwe, XXI wiek!
— W pociągach kiedyś to przynajmniej okna się otwierały…
Feniksa siedziała i chichrała się pod nosem.
— Nie śmiej się tak, bo cię wskażą palcem — syknęła Wilczyca.
— Ale to nie moja wina, że jestem przygotowana.
— Nie. Twoją winą jest to, że wyglądasz, jakbyś coś o tym wiedziała — odparła Sowa.
I dokładnie wtedy przyszedł konduktor.
Z tą spokojną, urzędową powagą oznajmił całemu wagonowi:
— Szanowni państwo, informuję, że z przyczyn technicznych nie ma prądu w całym wagonie.
Zapadła cisza.
Feniksa odwróciła głowę do okna i zaczęła udawać, że bardzo interesuje ją widok drzew.
Wilczyca wbiła pazury w siedzenie.
Sowa zamknęła oczy.
— Nie patrzcie na mnie — wyszeptała Feniksa.
— Nikt nic nie mówi — odpowiedziała Wilczyca.
— Ale myślicie.
— Owszem — odparła Sowa. — I wszystkie te myśli mają wspólny temat.
Naprzeciwko pan z laptopem spojrzał na Feniksę, potem na jej świecący ekran telefonu, a następnie na powerbank.
— Pani działa?
Feniksa uśmiechnęła się łagodnie.
— Mnie? Tak, ale ja… hm… wzięłam ze sobą własne zasoby.
— Własne zasoby? — powtórzyła Wilczyca. — Brzmi, jakbyś planowała upadek infrastruktury.
— Nie planowałam. Po prostu jestem człowiekiem przezornym.
— Ty nie jesteś przezorna — powiedziała Sowa. — Ty jesteś chodzącym zbiegiem okoliczności o podwyższonym stopniu widowiskowości.
Pociąg jechał dalej, stukot kół był coraz bardziej hipnotyczny, ludzie mruczeli o standardach, konduktor co jakiś czas przechodził z miną, która sugerowała, że on też ma dość tej opowieści, a Feniksa siedziała z tym swoim niebezpiecznie niewinnym błyskiem w oku.
W końcu pani z torbą jedzeniową nie wytrzymała.
— A pani tak się śmieje, jakby wiedziała, czemu to wszystko padło.
Feniksa spojrzała na nią z pełnym wdziękiem.
— Nie wiem, proszę pani. Ale powiedzmy, że… nie jestem zaskoczona.
Wilczyca parsknęła tak nagle, że aż ktoś dwa rzędy dalej odwrócił głowę.
Sowa westchnęła.
— I właśnie dlatego nie wolno was wypuszczać w trasę bez nadzoru.
Kiedy dojechały do stacji, wagon wyglądał jak pole bitwy między rozładowanymi urządzeniami a urażoną godnością pasażerów.
Feniksa wysiadła pierwsza, rozprostowała ramiona i spojrzała na niebo tak, jakby właśnie wróciła z heroicznej misji.
— To była dobra podróż.
— To była podróż z incydentem — poprawiła Wilczyca.
— To była podróż, po której ktoś z PKP może zacząć wierzyć w zjawiska nadprzyrodzone — dodała Sowa.
Feniksa zarzuciła na ramię plecak, w którym oczywiście nadal dumnie spoczywał powerbank.
— Ale przyznajcie, było zabawnie.
Wilczyca spojrzała na nią długo.
Sowa poprawiła niewidzialne okulary.
A potem obie odpowiedziały jednocześnie:
— Niestety tak.
I tylko gdzieś daleko, w wagonie numer siedem, martwe gniazdko mrugnęło ostatkiem sił, jakby chciało powiedzieć:
„Ja też ją zapamiętam”.








